Prawo
Witold Kołodziejski o wolności słowa i nowych regulacjach
„DSA to nie jest tylko nakładanie kagańca na internet”
***

Rozmowa z Witoldem Kołodziejskim – byłym przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz sekretarzem stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, o podziale ustawy wdrażającej DSA (Digital Services Act), zagrożeniach dla wolności słowa i wpływie nowych przepisów na internet w Polsce.
––Digital Services Act (DSA) to unijne rozporządzenie regulujące funkcjonowanie platform internetowych – od zasad usuwania nielegalnych treści po przejrzystość algorytmów i prawo użytkowników do odwołań.
Państwa członkowskie muszą wyznaczyć organy odpowiedzialne za jego egzekwowanie. W Polsce trwa spór o kształt ustawy wdrażającej te przepisy. Rząd podzielił ustawę wdrażającą DSA na dwa projekty. Czy to dobre rozwiązanie?
Moim zdaniem ten podział został przeprowadzony w sposób mechaniczny. Projektodawca najwyraźniej uznał, że skoro poprzednia wersja nowelizacji została zawetowana, to należy ją rozdzielić na dwa projekty.
W pierwszym znalazły się kwestie mniej kontrowersyjne: wyznaczenie koordynatora ds. usług cyfrowych, określenie procedur, wyznaczenie organów sektorowych.
W drugim – te elementy, które wzbudzały największe spory, zwłaszcza dotyczące katalogu treści nielegalnych i mechanizmu ich blokowania.
Wygląda to tak, jakby ustawodawca zakładał, że nawet jeśli całość nie przejdzie, to przynajmniej „bezpieczna” część zostanie uchwalona. Problem polega na tym, że ten podział jest tak mechaniczny, iż generuje niekonsekwencje i nowe wątpliwości prawne.
Spór dotyczy głównie wolności słowa. Czy nowa procedura rzeczywiście ją ogranicza? Kluczowe pytanie brzmi: kto ma decydować o tym, że dana treść jest nielegalna?
Obecnie nie jesteśmy bezbronni wobec treści bezprawnych w internecie. Policja i inne służby już dziś dysponują narzędziami umożliwiającymi szybkie działanie – za zgodą sądu. Funkcjonują tzw. szybkie ścieżki. Nowa propozycja wprowadza dodatkowy etap. Policja, zamiast kierować sprawę bezpośrednio do sądu, zwraca się do wyznaczonego urzędu – np. koordynatora cyfrowego. To urząd administracyjny podejmuje decyzję, która dopiero później może zostać zaskarżona do sądu w terminie 14 dni. Zamiast uproszczenia mamy więc wydłużenie procedury. Co więcej, urząd administracyjny staje się w praktyce quasi-sądem – rozstrzyga o kwestiach wymagających często bardzo subtelnej interpretacji prawnej. A przecież od takich rozstrzygnięć jest system sądowniczy.
Na czym polega problem z katalogiem „treści nielegalnych”?
W projekcie znajduje się odwołanie do konkretnych przepisów – m.in. Kodeksu karnego i ustawy o prawie autorskim. Część z nich nie budzi wątpliwości: pornografia dziecięca, pedofilia, namawianie do samobójstwa, poważne groźby – tu interpretacja jest jednoznaczna i szybka reakcja jest oczywista. Ale w tym samym katalogu znajdują się przepisy, których interpretacja jest znacznie bardziej złożona. Przykład? Mowa nienawiści, groźba bezprawna z powodu przynależności narodowej czy etnicznej. To są sytuacje wymagające dogłębnej analizy i ważenia wartości konstytucyjnych – w tym wolności słowa. Jeszcze bardziej problematyczne jest odwołanie do art. 116 ustawy o prawie autorskim. Ten przepis obejmuje nie tylko klasyczne naruszenia praw autorskich, lecz także opracowania, artystyczne wykonania czy wideogramy. Pojawia się pytanie: czy twórca mema albo satyry internetowej, wykorzystujący ogólnodostępne materiały, może zostać objęty mechanizmem blokowania treści? To pokazuje, jak szeroki i potencjalnie niebezpieczny jest ten katalog.
A jeśli przyjęty zostanie tylko „minimalistyczny” projekt?
W pierwszym projekcie nie ma szczegółowego katalogu – jest jedynie ogólne odwołanie do „treści nielegalnych”. Ale wtedy musimy sięgnąć do samego DSA, które definiuje je bardzo szeroko: jako treści sprzeczne z prawem krajowym, unijnym oraz prawem innych państw członkowskich. To w praktyce katalog niemal nieograniczony. W efekcie możemy znaleźć się w sytuacji, w której właściwie wszystko może zostać zakwalifikowane jako treść nielegalna, a mechanizm blokowania stanie się niezwykle pojemny. Dlatego uważam, że zamiast rozszerzać definicje, należy je doprecyzować i zawęzić. Urzędnicy nie są sędziami. Powinni działać w oparciu o jasne, jednoznaczne kryteria. W sprawach wątpliwych decyzja powinna należeć do sądu.
Zwolennicy szybkiego wdrożenia mówią o zagrożeniach na wielkich platformach. Czy polska ustawa je rozwiąże?
I tu pojawia się zasadnicze nieporozumienie. Największe platformy – takie jak Facebook, X (dawniej Twitter), YouTube czy Instagram – podlegają bezpośredniemu nadzorowi Komisji Europejskiej jako tzw. bardzo duże platformy internetowe (VLOP). To Komisja Europejska nakłada na nie kary i prowadzi postępowania. Polska ustawa dotyczy przede wszystkim lokalnych podmiotów. Innymi słowy: problemy, które najczęściej przywołuje się w debacie publicznej, w dużej mierze nie będą rozwiązywane przez krajową ustawę wdrażającą DSA.
Czy w takim razie DSA w ogóle coś zmienia?
Tak – i warto to jasno powiedzieć. Największym osiągnięciem DSA jest prawo użytkownika do odwołania się od decyzji platformy. Jeśli treść zostanie niesłusznie zablokowana lub konto usunięte, użytkownik zyskuje formalną ścieżkę odwoławczą. Można domagać się przywrócenia treści, a także żądać wyjaśnień dotyczących działania algorytmów rekomendacyjnych.
To bardzo istotne wzmocnienie pozycji obywatela wobec platform. Jednocześnie jednak zagrożenie dla wolności słowa – wynikające z szerokiej definicji treści nielegalnych i przekazania istotnych kompetencji organom administracyjnym – jest realne i nie powinno być lekceważone.
Co należałoby zrobić?
Przede wszystkim potrzebna jest rzetelna i spokojna praca legislacyjna. Katalog treści objętych szybkim mechanizmem blokowania powinien być możliwie wąski i precyzyjnie zdefiniowany. W sprawach oczywistych – takich jak treści jednoznacznie bezprawne – szybka reakcja jest uzasadniona. Natomiast w przypadkach wymagających pogłębionej interpretacji decyzja powinna należeć do sądu. Jeśli jednak rozważać powierzenie tych kompetencji innemu organowi w Polsce, konsekwentnym0 rozwiązaniem powinna być Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która już dziś czuwa nad bezpieczeństwem treści, zarówno w mediach tradycyjnych jak i treści wideo w internecie. To instytucja posiadająca doświadczenie regulacyjne i analityczne w dziedzinie treści medialnych, a co najważniejsze, jako organ konstytucyjny stający na straży wolności słowa, jest niezależny od rządu. Bez takiego doprecyzowania nowe przepisy nie tylko nie rozwiążą istniejących problemów, ale mogą wygenerować kolejne – natury biurokratycznej, kosztowej i ustrojowej. DSA nie jest wyłącznie „kagańcem na internet”. Zawiera także istotne mechanizmy wzmacniające ochronę użytkowników. Ostateczny bilans zależy jednak od sposobu wdrożenia tych regulacji w Polsce – od tego, czy staną się one narzędziem równowagi, czy źródłem nowych napięć wokół wolności słowa.
Rozmawiała: Karolina Najda